“Czasami ktoś pomoże odnaleźć się na drodze…” - R.I.P. Amy & pour mes amis
Amy oprócz cudownego głosu, problemów z nałogami, od zawsze kojarzyła się mi z brakiem zrozumienia, akceptacji i miłości oraz samotnością, przerażającą, bo wśród tłumów. Była wspaniałą, charakterystyczną, obdarzoną niezwykłym talentem wokalnym Artystką i przede wszystkim bardzo wrażliwą, wręcz nadwrażliwą, zagubioną Kobietą. Stała się ofiarą ludzkiej obojętności, znieczulicy i czarnego szoł-byznesu, gdzie człowiek jest traktowany jak trybik w machinie i maszynka do zarabiania kasy. Bardzo dobrze ujął to w jednym ze swych felietonów Zbigniew Hołdys.
Miliony bezmyślnie kliknęły “lubię to” pod postami z info o śmierci na Facebooku, pojawia się coraz więcej ocen Amy (tak, tak, olewała wszelką pomoc, bo tak podawały wszelakie wiarygodne i zawsze rzetelne media a przecież doskonale znamy jej życie i problemy z TV, prasy i pudelka…) i ocen reakcji także na blogach o różnorodnej tematyce.
Dobrze byłoby, gdyby znalazł się także czas i miejsce na odrobinę refleksji czy gdzieś obok nas pod ciemnymi okularami i grubą warstwą pudru swych zmartwień nie ukrywa inna Amy? Czy wiemy, co się tak naprawdę dzieje u naszych znajomych czy tylko grzecznościowo pytamy “Co u Ciebie słychać?” i nie czekając nawet na odpowiedź, rzucamy “trzymaj się, zdzwonimy się i spokojnie pogadamy”, bo przecież sami mamy tyle problemów na głowie i wieczny niedoczas, że po co martwić się jeszcze sprawami innych? Od tego przecież są psychoanalitycy…
Wspominając Amy, cieszę się, że mam wspaniałych przyjaciół, którzy nie przestrzegają praw antygrawitacji, nie pielęgnują swego egoizmu, tylko szybko, czasem bez pytania, kiedy widzą łzy i smutek, rzucają koło ratunkowe.